prawie że dumna i silna czwartek, sty 17 2008 

No cóż… momentem ciekawym, lecz pewnie nie przełomowym w moim życiu była obrona pracy magisterskiej. Możecie mi gratulować, ale może lepiej i nie… z obroną kojarzą mi się raczej kiepskie emocje i nie chce tego rozpamiętywać. Ważne że już mam to za sobą, a w jakim stylu to mam nadzieję, kogo to obchodzi.  To dotyczy tej prawie-dumy.

Prawie-siła to osobny rozdział. Taki sprawdzian siebie na ile potrafię być silna i udawać więcej niż czuje, a raczej aby udawać że wszystko jest dobrze, pod kontrolą i nie ma się czym martwić. Ciężkie momenty kiedy idziesz do szpitala do Najbliższego człowieka na niebie i ziemi, i widzisz coś tak strasznego że tylko zaciskasz się w sobie żeby nie wybuchnąć płaczem przy nim tylko po wyjściu… i chcesz z Nim zostać jak najdłużej a jednocześnie myślisz żeby jak najszybciej wyjść i sobie ulżyć. Ulga przychodzi zaraz po wyjściu. Dobrze że było już ciemno to nikt nie widział. Ale byłam dzielna. Bardzo się togo bałam.

Nie wiem.. niedziela, gru 16 2007 

Nie wiem zupełnie w jaki sposób mogę nabrać dystansu. Do wszystkiego. Do siebie, do Nas, do Niego. Bardzo mi to potrzebne. Dystans zwykle ludziom kojarzy się negatywnie, szczególnie jeśli to ma być dystans w związku, względem siebie. A ja tego tak bardzo potrzebuje! Wiem, że jeśli tak się nie stanie to zniszcze siebie i Nas. Tak teraz myślę, nie da się inaczej.

Nie wiem tylko zupełnie jak to zrobić…

takie moje… piątek, gru 14 2007 

Wiesz, mam kilka moich marzeń, mniejszych i większych, tych bardziej i mniej określonych, narysowanych lub tylko naszkicowanych albo takich w których artysta jedynie w myślach wzbudził kształty, cienie i światło. Boje się mówić o tym głośno, mam tyle obaw, może bezpodstawnie, ale jednak mam. Boje się myśleć o czymś co potem by bolało za bardzo. Wiem, że marzenia są po to żeby je mieć i nimi żyć. Taka byłam kiedyś. Ale albo ja się zmieniłam i jakaś realistka we mnie się obudziła albo jestem tchórzem i chowam głowę w piasek…

taka Mała Istota to moje marzenie lekko zarysowane kształtami… ale tak bardzo pragnę by powstał z tego obrazek.

- “Wiesz, chyba mam fazę… Takie Małe, fajne…

- “No to wiesz, że kiedyś będą. Jedno, dwa trzy…”

- “Tak.”

- “I to jest powód do płaczu?”

- “Nie”

- “Bo ty byś chciała już teraz, tak?”

-”…”

Wyspa spełnionych marzeń… część 2 piątek, lis 23 2007 

wiem, temat już odelgły, ale zapomniany? wcale nie, a pozatym w taki jesienny wieczór miło jest sobie wrócić myślami do ciepłego lata…

19. lipiec Gudhjem - Sandvig

Po spakowaniu się i pożegnaniu z tym urokliwym jakże miejscem nad samym brzegiem morza, wyruszyliśmy do centrum miasteczka (wcześniej jeszcze nie udało się nam ruszyć :P). Pod kościołem na wzgórzu zostawiliśmy rowery z całym naszym dobytkiem ( żeby nie było, całkowicie niezabezpieczone!) i ani trochę nie martwiąc się o nie poszliśmy zwiedzić sobie Gudhjem piechotką. No a warto było. Stwierdziliśmy wtedy, i potem po powrocie, że to najładniejsze miasteczko jakie udało nam się spotkać na swojej drodze podczas całej tej wyprawy. Domki i podwórka jak malowane, jak z bajki, otoczone wszechobecnymi malwami. Klimatyczny malutki porcik. Tutaj też zdecydowaliśmy się na zakup miejscowych wyrobów słodkościowych - gumy do żucia o przeróżnych kształtach i często ciekawych smakach - dobre, choć jedyne na jakie mogliśmy sobie pozwolić z racji na koszty takich miejscowych wyrobów…

Dalej ruszyliśmy drogą prowadzącą wzdłuż linii brzegowej jednak co dało się odczuć to wzrastająca wysokość. Klify nadbrzeżne stawały się coraz wyższe i właśnie te najwyższe i najbardziej ciekawe mieliśmy możliwość oglądać w Helligdomsklipperne, czyli utworzonym chronionym obszarze wysokich poszarpanych i niezwykłych klifów, które można obejrzeć praktycznie z każdej strony i pod każdym kontem - jest tam znakomita sieć przejść, ścieżek, mostków i schodków. No, w końcu to chyba jedna z największych atrakcji wyspy, więc Duńczycy dobrze o nią zadbali. Co więcej, jeśli ma się trochę odwagi można też zajrzeć do schowanej nisko wśród skał jaskini. Panuje tam całkowita ciemność, jest zimno i ślisko ale daje ona niezły dreszczyk emocji, czego oczywiście nie omieszkaliśmy pominąć. potem tylko nogi mi się trzęsły :)

Od klifów wyruszyliśmy w stronę Allinge i Sanvig, w pobliże najbardziej wysuniętych na północ terenów wyspy. No i… kolejna miłość! Niesamowite ogromne powierzchniowo tereny pokryte wrzosami. Żałowałam że to lipiec i wrzos oczywiście nie kwitł, ale tylko sobie to wyobrazić i już jestem w niebie :) Rowery znowu gdzieś tam przyczepione do płotka zostały, a my piechotką szliśmy po tych wzgórzach, znajdując ruiny starej kaplicy a na tle morza dwie latarnie morskie. W powietrzu… spokój! Jaka cisza, tylko szum morza i nic więcej. To niewiarygodne że tak licznie odwiedzane miejsce przez turystów może być tak spokojne, ciche i czyste. Tym sposobem doszliśmy do wielkiego jeziora utworzonego w starym kamieniołomie. Wrażenie niesamowite na ogrom tego zjawiska, potęgę ostro ciosanych skał i na pomysłowość ludzką by wykorzystać taki skrawek terenu gospodarczo już nieużyteczny. Ehhh, gdzie ta Polska…
Mimo zmęczenia już ogromnego udaliśmy się na koniec dnia do ruin zamku Hammershus. Widok z góry na zawsze zapadający w pamięć. Nie do opisania…
Nocleg w Sandvig dobrze że był, mnie przynajmniej uratował życie… Watro wspomnieć o stojącym przed wjazdem starym drewnianym samochodzie oraz czerwonym prawdziwym cadillacu parkującym na terenie… nic dodać nic ująć… Dziwny był też sposób naliczania pieniążków za nocleg i łazienki, nie do końca dla nas zrozumiały. Ale sen był za to twardy jak kamień, mimo twardego podłoża :P

km: ?

20. lipiec Sandvig - Ronne

Rano wyruszyliśmy późno. Podróż u samego wylotu miasta przerwał nam koncert, którym terenem obejmował także drogę prowadzącą do Hasle i dalej do Ronne, czyli celów naszych, a gdyby próbować jechać inną drogą, trzebaby nadrobić sporo kilometrów, na co moja wytrzymałość nie pozwoliłaby… I tutaj zaskoczenie! Ochroniarze nie zasypali nas zbędnymi przecinkami gdy prosiliśmy o przepuszczenie przez bramkę… Przeciwnie! Byli mili i zorganizowali się tak, żeby tylko nas - rowerzystów przeprowadzić pod samą sceną dużego koncertu!. Wyobrażacie sobie to tutaj w naszym pięknym kraju? Ja byłam długo pod wrażeniem :). Trasa nasza więc nie wymagała zmian, zgodnie z planem wyruszyliśmy więc dalej. Droga jeszcze jakiś czas wiodła ciągle w górę, wiła się przez malutkie wioski rybackie. Tak dojechaliśmy do Vang, a za tą malutką osadą teren w końcu zaczął się obniżać. Tutaj z kolei przegięcie w drugą stronę. Nachylenie terenu przy zjeździe było tak duże że załadowany rower mną i bagażem na hamulcach nie dawał rady wyhamować i zjazd odbywał się na obracającej się samej tylnej oponie… no fajne to było bądź nie dla mniej odważnych :P co jednak stwierdziłam że dobrze, że nie trzeba było rowerka pod tą górkę pchać, bo pewnie by się nie dało :D Uhhh.

Stąd piękną trasą 2 metry od morza dojechaliśmy gładko już do Hasle. Tu do odwiedzenia były pewnie najbardziej znane wędzarnie rybne. My jednak, zamiast tłustej ryby :D zrobiliśmy sobie pyszny obiad z chleba banana i mleka kakaowego. Chude pożywne jedzonko, dla chudego portfela :P Ruszyliśmy dalej i pięknym leśnym szlakiem (wspominałam, że tutaj nawet szlak rowerowy leśny jest utwardzony? mało tego, jest wyasfaltowany!) Niby zwykły lat a wydawał się taki bardzo, bardzo intensywny. Zapach lasu. To taki zapach za którym w ciągu roku bardzo tęsknie, tutaj był jeszcze bardziej intensywny. Piękny! W Ronne pierwsze co, to czekała nas wymiana dętki w rowerze M. Camping tym razem był bardzo ekskluzywny (w cenie nieznacznie też), w kuchni przygotowaliśmy nawet królewskie spagetti! Pogoda niestety nie była już najlepsza. Deszcz z nami zasypiał, też i budził następnego dnia z rana.

 

km: 35

21. lipiec Ronne - Dueode

No ten dzień.. Hm… Gdybym go miała opisać bez wątku osobistego… :) to pewnie tekst zamknąłby się w dwóch zdaniach: “Jechaliśmy ok 30 km bardzo monotonną ścieżką rowerową, wzdłuż brzegu jednak daleko od niego więc nic nie było szczególnego widać. Dojechaliśmy do Dueode, do tych magicznych piaszczystych plaż bornholmskich gdzie strasznie śmierdziało jakby zgniłą kapustą” Buahahaha. Dobre?

A więc po krótce z wątkiem osobistym. Droga rzeczywiście monotonna była. Misiek od rana był jakiś dziwny, mało się odzywał ale i był bardzo milutki :) Jechaliśmy jechaliśmy… w końcu dotarliśmy do tego kurortu… Hmmm… Stojąc na głównej ulicy miasteczka stwierdziliśmy że chyba pomyliliśmy ulice… Tam malutki parking, jeden barek i zejście do morza i na plaże. A gdize nasze wszechobecne zatłoczone i głośne ulice nadmorskie? Gdzie smród hamburgerów, odgłosy z wszelkich automatów do gier i dicho? Nic z tych rzeczy. Cisza i spokój. I porządek! Zakochać się nie jest trudno :) Dotarliśmy więc na camping, namiocik stanął tak, że słychać było zza wydm szum morza… Niestety tylko ten zapach w powietrzu… Morze wyrzuciło na brzeg całe stosy glonów, które gniły i wydzielał złośliwy dla nosa fetor. Na szczęście przebywając tam, po jakimś czasie nie czuło się tego już wcale :). Zrobiliśmy spore zakupy, bo zanosiło się na deszcz. Misiek uparł się na wino, twierdząc że nas na to stać :). Więc wzięliśmy kubek, który potem i tak się zapiaszczył i poszliśmy na plażę przez wydmy… Ten fragment pozostawię taki… niedopowiedziany. Kto wie ten wie :) Teraz za to na palcu błyszczy mi się takie śliczne maleństwo, i ja jestem szczęśliwa i Misiek mam nadzieje też :). Wyturlaliśmy się w piasku, wypiliśmy winko ‘po polsku’ :) a ja się upiłam zmęczeniem winem i szczęściem zarazem tak, że w deszczu i pod prysznicem śpiewałam i szczęka mnie bolała od ciągłego uśmiechu :). I było tak ciemno że w powrotną drogę pomyliłam namioty i nie wiedziałam gdzie jest nasz. I byłam tak skołowana, tak zakręcona i tak przeszczęśliwa jak chyba jeszcze nigdy dotąd.

km: na boga, kto w takim dniu myśli o kilometrach ;)

22-24. lipiec Dueode - Nexo

Pogoda przez noc popsuła się na dobre. Martwiliśmy się o namiot, ale dzielnie przetrzymał całonocną burzę i wichurę oraz całodzienne opady deszczu. Dwa dni więc spędziliśmy na błogim lenistwie pod namiotem. Ehhh, całe szczęście że pogoda taka nie przyszło wcześniej… 23 lipiec miał być naszym ostatnim dniem na wyspie, więc ochoczo spakowaliśmy się i wyruszyliśmy do pobliskiego Nexo, gdzie zaczynaliśmy naszą przygodę z Bornholmem. Okazało się jednak że prom z Polski nie przypłynął, bo nie został wypuszczony z portu przez warunki pogodowe… No i co robić? Z resztką koron czekać dwa dni? ( następnego dnia miejsca były już wszystkie zarezerwowane) Podjęliśmy kasę z banku i w taki sposób udało nam się przeczekać jeszcze dwa dni. Chcieliśmy już wracać ale wyspa nie chciała nas jeszcze wypuścić. Tak więc z drugiej strony można było się tym miejscem jeszcze nacieszyć :). Chodziliśmy na spacery wzdłuż brzegu po skałkach. Pod spodem ‘duński basen’ - drabinka prowadząca prosto do morza osadzona na skałkach. Bomba! Ale było zbyt zimno żeby wypróbować :P

25. lipiec Nexo - Darłowo

Tutaj rano też czekała nas niespodzianka. Nas statek oczywiście znowu nie przypłynął. Pojawił się za to statek z Darłowa. I to tylko dzięki głupocie i chęci zarobku żeglugi z Darłowa która wypuściła taką skorupę pełną ludzi na pełne morze w czasie sztormu 8 w skali, tylko dlatego udało nam się wydostać. Nasze szczęście, ich pech :P ludzie byli biedni, cały statek chorował, od przedszkolaków po ludzi starszych… No ale my cieszyliśmy się że się udało. Do Polski dopłynęliśmy późno, było już w każdym razie ciemno. Znaleźliśmy jakieś obskurne pole namiotowe z czasów prl-u, za które rano nawet nie było sensu płacić…wstrętne! Za to zachód słońca na statku był boski…

26-29. lipiec Darłowo - Jarosławiec

Rano wyjechaliśmy i skręciliśmy do pierwszego baru rybnego… nigdy rybka i piwko tak mi nie smakowały jak tam! Jakie to niebo dla podniebienia zjeść coś takiego po tygodniu kombinowania z różnymi dziwnymi składnikami które zastępowały nam prawdziwe posiłki… Choć i to szczerze mówiąc miało swoje zalety :) Z polecenia miejscowego udaliśmy się w kierunku Jarosławca i rzeczywiście nasz Polski szlak nadmorski wcale nie jest mniej ciekawy od duńskiego. Droga wiedzie długi czas po nasypie (wale) wyłożonym w prawdzie płytami ale jeździć się po tym da a widoki są przepiękne. Potem droga prowadzi przez most nad rzeką, której nie ma :) Most jest nad samym jej wlotem do morza, a rzeka jest na tyle wysuszona że brakuje jej z kilkadziesiąt metrów i jest właściwie jeziorem. Taka ciekawostka:).

Do Jarosławca dojeżdżamy i… wynajmujemy kwaterkę na 3 noce :))) łóżko… prysznic… świeże pranie… na codzień takich luksusów nie doceniamy :) Przyjmujemy typowo plażową formę wypoczynku. Ja nie lubię leżeć na plaży bezczynnie. Jednak po 2 tygodniach jazdy mniej lub bardziej intensywnej taki odpoczynek wydaje się być po prostu wymarzonym. No i te zachodu słońca.. Jak przystało na romantyczkę uwielbiam :) Więc dwa zdjęcia jeszcze…

Wróciliśmy do Warszawy dopiero 30 lipca, mając jeszcze nieprzewidziany postój w Sławnie w oczekiwaniu na pociąg. Wróciliśmy choć nie chcieliśmy wracać. Taka przygoda, mimo wszelkich trudności związanych z organizacją ale przede wszystkim z możliwościami kondycyjnymi wyzwala takie poczucie że chce się więcej i więcej… I się wie po prostu że to nie ostatni taki wyjazd. I już myśli o tym gdzie pojechać kolejnym razem. Się wspomina te wszystkie cudowne chwile. Wróciliśmy i stwierdziliśmy zgodnie że były to nasz najlepsze wakacje. Nasze razem i każdego z osobna. Do tego niezapomniane :) Wiadomo dlaczego :)

 

:* dla Miśka. Dziękuje.

Człowiek Demolka czwartek, lis 22 2007 

No właśnie. To ja :) A właściwie to taka para z nas człowieczków-demolków, tylko wejdziemy to rozwalamy :) Byleby w krew nie weszło całkowicie :P Ale tak niesamowicie przyjemnie było walnąć w ścianę by posypały się stare płytki, potem tynk, i potem to wszystko co pod nim. I różne takie ciekawostki co żeśmy już tam nawyrabiali… Oj się działo, działo… Już dwa tygodnie temu, nawet więcej… Teraz powoli naprawiamy ’szkody’. Staramy się by ściany znowu zaczęły przypominać ściany, i tak w chwilach wyczerpania zastanawiamy się kiedy będzie można wejść do tej kuchni i usiąść w spokoju i zobaczyć tam kuchnię! A nie gruz, beton, gips i szpachelki :)

Ale kiedy już tak się stanie… to nawet z cementem we włosach każdego wieczora, będę przeszczęśliwa !

narodziny… czwartek, lis 1 2007 

oto właściwie przedwczoraj narodził się realnie już nowe moje miejsce tutaj… tak jak obiecywałam, w momencie kiedy przyjdzie do mnie wiadomość o możliwościach działania… założę nowy rozdział. I tak oto ogłaszam “Domek” za otwarty :)

a to oznacza moi mili nieliczni czytelnicy jedynie to, że w niedziele, czyli już za  3 dni jadę obejrzeć te stare brzydkie teraz ściany, zużyte sprzęty, poobdzierane meble i będę marzyć o tym jak te pomieszczenia będą wyglądały za czas jakiś… nieprędki, ale jednak gdzieś tam na horyzoncie widzę już mały punkcik a nie tylko fatamorganę :)

No i teraz naprawdę możemy się już cieszyć. :)) I cieszymy!

Zaraz jednak przychodzi do głowy że dopiero teraz wszystko się zacznie… I pytanie kiedy się skończy?

Ale co tam!

:))))))

myśli oderwane… poniedziałek, paź 22 2007 

nie pisałam, nie pisałam…

bo też i nie było o czym pisać. W moim życiu zapanowała taka stagnacja że aż się ona ciągnie jak wyżuta guma do żucia, owijając ją wokół palca zastanawiam się co dalej… opowiadanie Bornholmskie jeszcze do skończenia, chciałabym to tutaj zamieścić ale chęci do pisania nie mam prawie wcale. Napisze kiedyś. Obiecałam sobie bowiem, że kiedyś stworze stronę która będzie poświęcona moim podróżom. Moim, czyli takim nie z samymi suchymi faktami, tylko moja własna książka podróżnicza, ze wszystkim wokół co się wydarzyło. Ale to kiedyś…

Dziś moje myśli rozbijają się wokół niedokończonej pracy magisterskiej, urządzania i planowania przyszłego mieszkania (to dobra rzecz :) ) oraz brakiem pracy i zastanawianiem się co z tym fantem zrobić. Wbrew pozorom odpowiedź !znaleźć! nie jest taka prosta. Nakładają się na to oczekiwania moje a oczekiwania innych wobec mnie, do tego gdzieś przez ten czas niepracujący zatraciłam gdzieś kompletnie jakąkolwiek wiarę… no w siebie chyba. No ale jak mówię, to nie jest takie proste jak tylko brzmi. Na pewno sobie jakoś z tym poradzę…

A tymczasem milsze sprawy to to o czym już wspomniałam. Jest takie małe pewne miejsce, które użytkowane jeszcze przez krótki czas przez kogoś innego, wkrótce zostanie opróżnione i otwarte dla Nas. Narazie nawet nie wiem dokładnie jak wygląda to miejsce. Wiem tylko że za jakiś czas stanie się najpiękniejszym miejscem. Naszym miejscem. :) Jeśli już zaczniemy działac powstanie tutaj nowy wątek. No i będę opowiadać… A narazie to czekamy… Czekamy, planujemy, jeździmy, oglądamy, kalkulujemy… i łapiemy się za głowę ile w to trzeba włożyć… kasy. Ehhh.

Za to ile też przyjemności :) Wszystko przed nami!

Błażeje… poniedziałek, sie 13 2007 

czyli pierwsza wizyta u Błażeja i Kasi :) Wczoraj dostaliśmy od Adaśka informacje że u Błarzów w nowym mieszkanku będą filmy. Przy okazji to pierwsza wizyta u nich więc długo się nie zastanawialiśmy :) Oczywiście filmu żadnego nie obejrzeliśmy no bo trzeba było się nagadać :P Opowiedzieli nam o mieszkaniu, oprowadzili, pokazali co i jak przestawiali, ile ich to wszystko wyniosło. bardzo tam przytulnie. No i tak bardzo po ICHniemu :) Blok jest trochę mroczny, bo to taki taśmowiec, z korytarzem ciągnącym się przez cały blok a numery mieszkań kończą się na 1000 z kawałkiem … hehe, no ale wchodzisz do mieszkania i już inny zupełnie nastrój, kolorowe ściany, i miękkie światło. No a mówię że to takie w ich stylu z kilku powodów. Np. takich że pełno w tym mieszkaniu jakiś odnośników do muzyki horrorów i takiego kasinego stylu. Na wannie np stoją dwie czachy Błażeja :) Kasia porobiła plakaty na ściany. Błarz prezentuje kolekcję swoich gitar, i od podłogi do sufity piętrzą się książki i płyty. Narazie jeszcze wciąż żyją częściowo na pudełkach, pewnie w miarę upływy czasu trochę się to zmieni :) Kasia przywlokła ze sobą swoje piekne kute łóżko, więc śpią sobie jak królowie! Generalnie fajnie to wszystko wygląda. A najlepiej chyba to że strasznie są szczęśliwi że już sa razem, i wracają codziennie do swojego. Tylko im pozazdrościć, nie ma co… Ciasne ale własne, choć nie takie ciasne bo dla dwóch osób to takie mieszkanie w zupełności jest idealne. Jak wrócicie to od razu powiedzieli że robią spotkanie bezapelacyjnie! Bo teraz mamy w końcu gdzie się tak spotykać :)

Kasia straszliwie ucieszyła się na wieść o naszej nowinie :) kurcze, naprawdę zrobiło mi się niezwykle przyjemnie. Błażej i Adaś stonowanie, ale sama wiesz jakie jest podejście. Kasie nieomalże nie uwiesiła mi sie na szyi i wypytała pokrótce o wszystko dokładnie. Miło spędziliśmy czas razem, przy okazji sobie tak mówiliśmy że moglibyście już wrócić bo tęsknimy za Tobą!! :)

No, a dopiero pisałam Ci żebyś nie wracała :P

pozdrawiają Cię wszyscy serdecznie bardzo, Macieja również.

buziaki!!

Wyspa spełnionych marzeń… poniedziałek, sie 13 2007 

 

Przyszedł czas w końcu aby opisać naszą wyprawę. Trochę się ociągałam, ale ani nie miałam specjalnej ochoty aby pisać, ani nie byłam w stanie tak wszystkiego ogarnąć, by stworzyć jakąś rozsądną całość. Po uporządkowaniu zdjęć, po opanowaniu emocji, mogę więc zacząć…

Wyruszyliśmy 12.lipca 2007 nocnym pociągiem z Warszawy Wschodniej do Świnoujścia. Do dworca, który dość daleko położony jest od mojego domku dojechałam autobusem wraz z moim wehikułem obładowanym jak dla mnie wtedy do granic możliwości. Rodzice tylko wyglądali na mnie i się dziwili, jak z takim bagażem można się poruszać na rowerze. Okazało się iż można, i nawet jazda nie sprawia zbyt wiele problemów. Pociąg posiadał, ku naszej radości, wagon rowerowy, do tego przedziały były praktycznie puste tak więc rowery nie zaprzątały nam głowy i swobodnie można było całą noc spędzić wyciągniętym na całej długości siedzenia.
13.lipiec Świnoujście-Wisełka

Pociąg dojechał do Świnoujścia zgodnie z planem (no prawie :D) Znaleźliśmy się więc w porcie i miejską przeprawą promową dostaliśmy się na drugi brzeg zgłodniali widoku morza :) Obraliśmy trasę szlaku czerwonego, wiodącego wzdłuż portu do ujścia kanału wzdłuż plaży i do miasta. Morze, morze!!! :) Pogoda może nie była idealna, lecz na szczęście nie padało. Świnoujście bardzo ładnie się rozbudowuje, przy głównej ulicy wzdłuż wybrzeża powstają dość wytworne hoteliki, a istniejące już zachwycają swoim pięknem (pewnie już nie zachwycają ceną :D). Do tego zadbany deptak i restauracje czynią z tego miasta chyba najbardziej ekskluzywną miejscowość, przez którą przejeżdżaliśmy.

Z zamiarem powrotu tą samą drogą, czyli promem miejskim kierowani oznaczeniami w mieście kierowaliśmy się, jak się okazało… w stronę promu, ale całkowicie innego :) Oddalony o 6 km prom na wyspę Uznam zawiódł nas więc zupełnie gdzie indziej, jednak zachęceni cudowną, i zupełnie jak nie polską drogą rowerową, zdecydowaliśmy się po prostu to olać :) Szlak poprowadził nas przez malutkie wsie drogami nie raz bardzo nie utwardzonymi (przez spory kawał lasu jechaliśmy przez błotnisto-bagniste ścieżki, zastanawiając się, kto tutaj zrobił szlak!! Dalej Wjechaliśmy w piękne pachnące i czyste tereny leśne z niesamowitymi całymi połaciami porośniętymi paprociami! Cudowny widok zwyczajnego lasu :) Dalej trochę klucząc wyjechaliśmy w końcu na szlak rowerowy R-10 który przez całą naszą trasę ciągle gdzieś pojawiał się i znikał :) Międzyzdroje okazały się nie być zbyt interesującym miejscem, Aleja Gwiazd ledwo jest zauważalna, gdzieś tam można się dopatrzeć malutkich tabliczek wciśniętych w płyty chodnikowe, a samo miasto jest chaotyczne, ciasne i zaniedbane. Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy teraz nadzieję na spokojne podziwianie przyrody i morza w Wolińskim Parku Narodowym… nie znaleźliśmy jednak odpowiedniej trasy górą, a szlak na mapie prowadził plażą, więc nie zastanawiając się zbyt… zaczęliśmy drogę przez mękę… :D teraz możemy się tylko śmiać, ale 10 km ‘przejechane’ wzdłuż plaży (przejechane w cudzysłowie gdyż większa część drogi nie pozwoliła na jazdę jedynie na pchanie tych obładowanych rowerów obok siebie) i to nie po piasku ale w dużej mierze po wystających coraz większych kamieniach. Nad nami ciągnęły się przepiękne klify, plaża nieraz stawała się bardzo wąska, a buty już po kilku kilometrach były przemoczone. Do tego jeszcze ciężki do wyciągnięcia wkręcony łańcuch u Mariusza, i trzy próby wyjścia do miast przez prywatne ośrodkda VIP-ów, do których oczywiście nie mielibyśmy wstępu, skutecznie spowodował, że mało było w nas chęci do podziwiania widoków, mało chęci do robienia zdjęć, jedyny cel to wyjść z plaży rozbić namiot gdziekolwiek i po prostu zasnąć… 10 km… i dopiero Wisełka uratowała nam życie. Tam pierwszy nocleg (10 zł/os- prywatne pole namiotowe przy domu z cudownie ciepłym prysznicem). Dzień pierwszy: 48 km

14.lipiec Wisełka-Rewal
Tego dnia spokojnym już w miarę tempem, bez zbędnego pakowania się w dziwne i podejrzane trasy udaliśmy się dalej na wschód, postanawiając jak najsprawniej dojechać do Kołobrzegu tak, aby mieć jak najwięcej czasu na wyspie. Przejechaliśmy Międzywodzie, Dziwnów i Dziwnówek. Zadziwiający stał się dla nas fakt że często miejscowości poszczególne są tak blisko siebie położone że nieomal się ze sobą łączą. Takie połączenie miast daje jeden podstawowy plus dla rowerzystów- chodniki wzdłuż wąskich i ruchliwych dróg, co daje możliwość bezpiecznej jazdy. Podróż okazała się dość męcząca z racji na żar lejący się z nieba, a podczas kilku godzinnej jazdy, kiedy nie czuje się słońca aż tak z racji na wiatr, można się domyśleć że pierwsze poparzenia skóry mieliśmy już za nami. Od samego początku praktycznie naszej wyprawy wzbudzaliśmy w ludziach jakieś pozytywne reakcje, co trochę ktoś dopytywał się skąd i dokąd jedziemy, w Pobierowie nawet byliśmy bliscy zdobycia jeszcze jednego uczestnika wycieczki :) Dalsza droga zaprowadziła nas przez Pustkowo do Trzęsacza i ruin starego kościoła, a właściwie jednej jedynej ściany, która pozostała bo resztę już zabrało morze. Ściana ta jest już totalnie zabezpieczona, więc miejmy nadzieję, że nic jej nie ruszy :)

Z Trzęsacza szybko udaliśmy się do pobliskiego Rewala. Tam zaplanowaliśmy nocleg, do tego chcieliśmy bardzo w końcu wejść do wody! Kąpiel orzeźwiająca szybko wyciągnęła mnie na brzeg (woda lód!) No a ponieważ zawsze coś musi mi się przydarzyć znalazłam na plecach wgryzionego już we mnie kleszcza. Odbyliśmy więc bieganinie za ośrodkiem leczniczym gdzie by mi to cholerstwo mogli wydłubać (wyssanie go strzykawką nie przyniosło rezultatów). Robal usunięty a my sobie wędrowaliśmy po miasteczku, które okazało się także bardzo przyjemnym i ładnym miejscem. Atrakcją niewątpliwie w tym miejscu była foka, która zdecydowała się odpocząć na rewalskiej plaży, zaraz tuż pod naszym campingiem. Czuła się jak gwiazda w błysku fleszy, a kiedy stwierdziła, że już mniej osób ją obserwuje, uciekła spowrotem do morza :) Noc spędziliśmy na campingu ‘Na klifie” (15 zł/os i 9 zł za namiot), chyba najlepszym campingu na którym przyszło nam nocować na tym wyjeździe. Polecam!
dzień drugi: 43 km

15.lipiec Rewal-Dźwirzyno

Dzień kryzysowy. Rano bolało mnie wszystko. I od jazdy mięśnie dały się we znaki i od spania na twardej ziemi, jeszcze nie przyzwyczajona cierpiałam rano bardzo twierdząc że nigdzie dalej nie jadę. Misiek był jednak bardzo wyrozumiały, pomógł mi bardzo i jakoś zebrałam się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Na mapie Kołobrzeg wydawał się już bardzo nieodległy, ale jak się potem okazało, rzeczywistość robi swoje:) Z Rewala przez Niechorze do Pogorzelicy dojechaliśmy praktycznie migiem, z racji na to że miasta te praktycznie już zrosły się ze sobą. Od Pogorzelicy do Mrzeżyna wzdłuż morza 10 km… jedziemy leśna drogą wyłożoną niewygodnymi poprzecznymi betonowymi płytami, 3 km dojeżdżając do… poligonu wojskowego!!! żołnierz krzyczy że nie przejedziemy, że objazd tylko przez Trzebiatów albo brzegiem morza… o nie tylko nie brzegiem! i fruuu do Trzebiatowa, jakieś 25 km. Upał totalny bije od asfaltu a my jedziemy… teren fałdowany jak to tereny pobrzeża. No ale udało się. Obejrzeliśmy tam kościół mariacki, i weszliśmy na basztę z której nic nie było widać :D Do Mrzeżyna ostatkiem sił na obiad i już na deficycie energii do Dźwirzyna gdzie rozbiliśmy się na campingu “Biała Mewa”. Na wieczorny zachód słońca udało nam się dotrzeć na plaże i wylegując się na piasku zbierać siły na kolejne kilometry. dzień trzeci: 58 km

 

16.lipiec Dźwirzyno-Kołobrzeg

 

Tego dnia trasa króciutka zaplanowana tak, aby móc spędzić znaczną ilość czasu na plaży gdzieś po drodze, gdyż temperatura pewnie koło 30stopni nie pozwalała myśleć o niczym innym, przy okazji dając nam odpoczynek (głównie mi, Misiek trzymał się dzielnie) Zatrzymaliśmy się więc niedaleko Mrzeżyna na plaży w Grzybowie udając się potem już do Kołobrzegu, tak aby poznać trochę miasto i przede wszystkim zakupić bilety na prom. Udało się dostać bilety na dzień następny (Kołobrzeska Żegluga Pasażerska, 110 zł/os + 20 zł za rower) camping znaleźliśmy tuż przy porcie jachtowym. Właścicielka zażądała od nas 30 zł plus dodatkowo opłata za ciepły prysznic po 5 zł od osoby. Na polu mieliśmy towarzyszkę, która w razie czego nie pozwoliłaby nam zaspać, gdyż także następnego dnia wyruszała na Bornholm. Wcześnie spać, pobudka następnego dnia 4.45… a jeszcze trzeba było poszyć poszarpane sakwy… dzień czwarty: 12 km :D

17.lipiec Kołobrzeg-Gudhjem

Wypłynęliśmy równo o 7 rano, odprawa przebiegła sprawnie, a właściwie to prawie jakby jej nie było. Prom “Jantar” na swym pokładzie zmieścił całkiem pokaźną liczbę pasażerów, i jak dla mnie na szczęście płynął dość spokojnie, gdyż nie przepadam za nadmiernym bujaniem :P W ciągu ponad 4-godzinnego rejsu przeżyliśmy mała burzę na morzu jednak nie dała się specjalnie odczuć, większość też drogi przespałam. Przed godziną 11 na horyzoncie widać było już kontury wyspy, a przed 12 byliśmy już gotowi do drogi. Pierwsze wrażenie? Hmmm.. ciężko opisać. Od samego początku rzucały się w oczy szereg różnic, które przepaścią dzielą Polskę i duński krajobraz. Przede wszystkim czystość! Przez cały nasz pobyt na wyspie nie natknęliśmy się na wyrzucone gdzieś przy drodze rozwalone worki z cuchnącymi śmieciami, uliczki w miastach pozbawione są natrętnych obrzydliwych graffiti, kultura osobista ludzi nie porównywalna jak dla mnie do Polaków ( w ciągu pobytu tylko jeden gość wydawał się nie być do nas specjalnie przyjaźnie nastawiony) już abstrahując od faktu, że nie spotkaliśmy ani jednego menela lub pijaka! No po prostu żyć nie umierać! Po przejechaniu może pierwszych 5 km z samo-śmiejącą się gębą :P pomyślałam sobie że co ja jeszcze robię w Polsce.. :P

 

Wyruszyliśmy więc z Nexo od portu trochę w głąb miasteczka, podziwiając pierwsze charakterystyczne niskie zabudowania miejskie wyspy. Bardzo zależało mi na odwiedzeniu tam motylarni, i całe szczęście, że natrafiliśmy na nią na samym początku wyprawy, dlatego że potem finanse nie pozwoliłyby nam na zobaczenie tej atrakcji. Na temat cen dużo by mówić. Jeśli już sie tam jedzie powinno mieć się więcej pieniędzy ze sobą niż to logicznie wygląda u nas :) Bez sosów do makaronu i zupek w proszku i konserw przywiezionych z Polski trudno byłoby nam wytrzymać o suchym chlebie, gdyż o ciepłych daniach w knajpach mogliśmy zapomnieć. Z czasem zakupy nasze stawały się już bardziej przemyślane i mogliśmy sobie pozwolić na coś extra :) np karton soku :) albo choćby na wędlinę i pomidora na kanapki :)) ależ to była uczta! Sommerfugleparken- czyli dość duża szklarnia z obfitą tropikalną roślinnością między którą ochoczo podfruwają sobie różnego rodzaju motyle i kolorowe ptaki. Piękne! Tyle, że klimat tam jest nie do zniesienia i pół godziny w tym miejscu w zupełności wystarcza żeby odpowiednio się zmęczyć :)

Z motylarni udaliśmy się do odległego o zaledwie kilka km Svaneke. Tam skusilismy się na przysmak miejscowy, tzw. sol of Svaneke, czyli wędzony śledź podawany z żółtkiem, szczypiorkiem i razowym chlebem. Tradycyjne danie Bornholmu, poza wygórowaną ceną ma też ogromną jedną walkę- ośći, całe stosy małych ości, które skutecznie utrudniają i zniechęcają do jedzenia tej naprawdę w smaku przepysznej rybki.

Czekało nas jeszcze około 15 km do miejscowości Gudhjem, gdzie zaplanowaliśmy zatrzymać się na noc. Wyruszaliśmy ze Svaneke z myslą że to przecież niedaleko, ale przeliczyliśmy się.. zapominając że wyspa może rządzić się własnymi prawami i napotkaliśmy tak silny wiatr pod koła (czyli pod prąd) że żeby poruszać się chociaż powoli do przodu po płaskim terenie trzeba było włożyć ogrom wysiłku. A za moment… zaczęły się na dodatek rozległe podjazdy, które całkowicie mnie zamęczyły. Część drogi więc pokonywaliśmy na piechotę pchając ciężko rowery obok siebie. Tego nigdzie w przewodnikach nie przeczytaliśmy, a wiatr towarzyszył nam tak naprawdę na całej wyspie. Warto więc ważyć swoje siły. Natomiast rekompensatą były krajobrazy, które mieliśmy po drodze. Mimo złości na zimny wiatr, czasem buźka sama mi się wręcz uśmiechała :) Dotarliśmy w końcu do celu, i całe szczęście że nie daliśmy rady jechać dalej gdyż camping na który zajechaliśmy był najładniejszym miejscem gdzie się rozbiliśmy na całej naszej trasie!. Strandkunden Family and Nature Camping, jak w nazwie wskazuje, rzeczywiście był naturalny jak tylko można było najbardziej :) Namiot rozbiliśmy na lekkim wzniesieniu terenu, między skałami, przed nami roztaczał się więc przepiękny widok skalistego wybrzeża i morze, wszystko to 10 metrów od namiotu. Wspaniale. :) Poniżej widok właśnie z naszego namiotu, zachód słońca za wyspą (słońce zawsze zachodziło nam za wyspą, nigdy nie w morze. kiedy byliśmy już po dobrej stronie wyspy tak żeby widzieć słońce kąpiące się w w odzie, zachód słońca nie było możliwy do oglądania :/ ale i tak było ślicznie:P)

18.lipiec Gudhjem

 

Tego dnia zrobiliśmy sobie dzień lenia (kolejny :P) gdyż po trasie dnia zeszłego siły nie miałam w nogach praktycznie w ogóle. Poleniliśmy się więc, wypraliśmy wszystkie nasze już dość mało świeże ubrania :P zwiedzilismy najbliższe okolice, czyli skałki nad brzegiem morza. Skałki te aż zachęcają do skakania :) mają wiele zatoczek, płycizn i zagłębień, a woda między nimi jest krystalicznie czysta. Nie mogliśmy wyjść z podziwu, że to niby to samo morze co u nas, jednak dna na kilka metrów wgłąb u nas niestety nie da rady zobaczyć…

Po południu juz wsiedliśmy znowu na rowerki i odwiedziliśmy pobliską fabrykę szkła., gdzie można przyjrzeć się jak powstają naprawdę trudno do opisania przedmioty z kolorowego szkła. Każda sztuka z nich jest niepowtarzalna, cenna swoją droga oczywiście też nawet trudna do przytoczenia :P ale popatrzcie:

W dalszej części udaliśmy się trochę w głąb wyspy do miejscowości Osterlars, gdzie znajdował się największy na wyspie kościół rotundowy, czyli dość pokaźna budowla zbudowana na planie koła. Charakterem także przypominała twierdzę, taką też rolę sprawowała, w razie konfliktów zbrojnych.

dzień piąty i szósty: 40 km

19.lipiec Gudhjem - Sandvig       cdn….

hej! czwartek, sie 9 2007 

wołam do Ciebie głośno: hej hej, Kobieto trzymaj się! :)

Przeczytałam dzisiaj u ciebie na skrzynce list, długi i jak dla mnie nie przesiąknięty jakimś specjalnym optymizmem, ani nawet małą radością. I przyznam, że trochę się zaniepokoiłam. Wiem, że na pewno jest wam ciężko, że nie wyszło tak jakbyście chcieli. Rozumiem, że Tobie jest jeszcze ciężej na duszy, bo jeszcze bardziej pogmatwana jest twoja sytuacja,bo nie jesteś CHŁOPCEM i gorzej Ci jest znaleźć coś bardziej satysfakcjonującego a przede wszystkim coś pewnego, co nie skończy się z dnia na dzień. Bardzo się za Tobą stęskniłam, i najchętniej bym Ci powiedziała żebyś wracała już teraz, ale nie powiem, a wręcz przeciwnie no! :) minął miesiąc. Nie jest łatwo pojechać gdzieś za granicę i ustawić się w tydzień czy dwa a nawet w kilka miesięcy. Ciężkie są początki, na pewno Krzysiek to samo wam mówił. Macie mało czasu a minęło jeszcze mniej. Pamiętasz jak Klaudia dwa razy wracała z Anglii, nawet nie przekraczając progu Victoria Station? :) Wtedy się dziwiłyśmy pamiętam, jak to możliwe. Wy jesteście na miejscu. Maciej ma pracę i Ty też. Jakąś, może średnią (bo przejdziesz na wegetarianizm o zgrozo!!! ) ale masz. Idź za ciosem i nie wchodź głęboko w rozmyślania kiedy ona się skończy. My tutaj trzymamy za Was mocno kciuki. Może to nie wiele :) ale trzymamy.

No, mam nadzieję, iż może się myle, i może ten list nie miał być taki smutny. Mam nadzieję ze trochę się jednak cieszycie, że jesteście tam, że nowe rzeczy możecie poznać, zobaczyć i dotknąć :) Mieliście znaleźć sie w malutkiej wsi, a jesteście w wielkiej metropolii :) to też ciekawe! No i Edynburg, koniecznie! i nie tylko zamek, ale całe miasto. Ehhh, czy ja zazdroszcze? :D oj tak, może jedynie nie zazdroszcze tych zimnych nocy :D brrrr

Także trzymaj sie tam ciepło, pij fervex i wracaj kiedy będzie odpowiedni czas, a nie z musu. Tyle. Ku pokrzepieniu serc! :D

Next Page »