Przyszedł czas w końcu aby opisać naszą wyprawę. Trochę się ociągałam, ale ani nie miałam specjalnej ochoty aby pisać, ani nie byłam w stanie tak wszystkiego ogarnąć, by stworzyć jakąś rozsądną całość. Po uporządkowaniu zdjęć, po opanowaniu emocji, mogę więc zacząć…
Wyruszyliśmy 12.lipca 2007 nocnym pociągiem z Warszawy Wschodniej do Świnoujścia. Do dworca, który dość daleko położony jest od mojego domku dojechałam autobusem wraz z moim wehikułem obładowanym jak dla mnie wtedy do granic możliwości. Rodzice tylko wyglądali na mnie i się dziwili, jak z takim bagażem można się poruszać na rowerze. Okazało się iż można, i nawet jazda nie sprawia zbyt wiele problemów. Pociąg posiadał, ku naszej radości, wagon rowerowy, do tego przedziały były praktycznie puste tak więc rowery nie zaprzątały nam głowy i swobodnie można było całą noc spędzić wyciągniętym na całej długości siedzenia.
13.lipiec Świnoujście-Wisełka
Pociąg dojechał do Świnoujścia zgodnie z planem (no prawie :D) Znaleźliśmy się więc w porcie i miejską przeprawą promową dostaliśmy się na drugi brzeg zgłodniali widoku morza :) Obraliśmy trasę szlaku czerwonego, wiodącego wzdłuż portu do ujścia kanału wzdłuż plaży i do miasta. Morze, morze!!! :) Pogoda może nie była idealna, lecz na szczęście nie padało. Świnoujście bardzo ładnie się rozbudowuje, przy głównej ulicy wzdłuż wybrzeża powstają dość wytworne hoteliki, a istniejące już zachwycają swoim pięknem (pewnie już nie zachwycają ceną :D). Do tego zadbany deptak i restauracje czynią z tego miasta chyba najbardziej ekskluzywną miejscowość, przez którą przejeżdżaliśmy.

Z zamiarem powrotu tą samą drogą, czyli promem miejskim kierowani oznaczeniami w mieście kierowaliśmy się, jak się okazało… w stronę promu, ale całkowicie innego :) Oddalony o 6 km prom na wyspę Uznam zawiódł nas więc zupełnie gdzie indziej, jednak zachęceni cudowną, i zupełnie jak nie polską drogą rowerową, zdecydowaliśmy się po prostu to olać :) Szlak poprowadził nas przez malutkie wsie drogami nie raz bardzo nie utwardzonymi (przez spory kawał lasu jechaliśmy przez błotnisto-bagniste ścieżki, zastanawiając się, kto tutaj zrobił szlak!! Dalej Wjechaliśmy w piękne pachnące i czyste tereny leśne z niesamowitymi całymi połaciami porośniętymi paprociami! Cudowny widok zwyczajnego lasu :) Dalej trochę klucząc wyjechaliśmy w końcu na szlak rowerowy R-10 który przez całą naszą trasę ciągle gdzieś pojawiał się i znikał :) Międzyzdroje okazały się nie być zbyt interesującym miejscem, Aleja Gwiazd ledwo jest zauważalna, gdzieś tam można się dopatrzeć malutkich tabliczek wciśniętych w płyty chodnikowe, a samo miasto jest chaotyczne, ciasne i zaniedbane. Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy teraz nadzieję na spokojne podziwianie przyrody i morza w Wolińskim Parku Narodowym… nie znaleźliśmy jednak odpowiedniej trasy górą, a szlak na mapie prowadził plażą, więc nie zastanawiając się zbyt… zaczęliśmy drogę przez mękę… :D teraz możemy się tylko śmiać, ale 10 km ‘przejechane’ wzdłuż plaży (przejechane w cudzysłowie gdyż większa część drogi nie pozwoliła na jazdę jedynie na pchanie tych obładowanych rowerów obok siebie) i to nie po piasku ale w dużej mierze po wystających coraz większych kamieniach. Nad nami ciągnęły się przepiękne klify, plaża nieraz stawała się bardzo wąska, a buty już po kilku kilometrach były przemoczone. Do tego jeszcze ciężki do wyciągnięcia wkręcony łańcuch u Mariusza, i trzy próby wyjścia do miast przez prywatne ośrodkda VIP-ów, do których oczywiście nie mielibyśmy wstępu, skutecznie spowodował, że mało było w nas chęci do podziwiania widoków, mało chęci do robienia zdjęć, jedyny cel to wyjść z plaży rozbić namiot gdziekolwiek i po prostu zasnąć… 10 km… i dopiero Wisełka uratowała nam życie. Tam pierwszy nocleg (10 zł/os- prywatne pole namiotowe przy domu z cudownie ciepłym prysznicem). Dzień pierwszy: 48 km

14.lipiec Wisełka-Rewal
Tego dnia spokojnym już w miarę tempem, bez zbędnego pakowania się w dziwne i podejrzane trasy udaliśmy się dalej na wschód, postanawiając jak najsprawniej dojechać do Kołobrzegu tak, aby mieć jak najwięcej czasu na wyspie. Przejechaliśmy Międzywodzie, Dziwnów i Dziwnówek. Zadziwiający stał się dla nas fakt że często miejscowości poszczególne są tak blisko siebie położone że nieomal się ze sobą łączą. Takie połączenie miast daje jeden podstawowy plus dla rowerzystów- chodniki wzdłuż wąskich i ruchliwych dróg, co daje możliwość bezpiecznej jazdy. Podróż okazała się dość męcząca z racji na żar lejący się z nieba, a podczas kilku godzinnej jazdy, kiedy nie czuje się słońca aż tak z racji na wiatr, można się domyśleć że pierwsze poparzenia skóry mieliśmy już za nami. Od samego początku praktycznie naszej wyprawy wzbudzaliśmy w ludziach jakieś pozytywne reakcje, co trochę ktoś dopytywał się skąd i dokąd jedziemy, w Pobierowie nawet byliśmy bliscy zdobycia jeszcze jednego uczestnika wycieczki :) Dalsza droga zaprowadziła nas przez Pustkowo do Trzęsacza i ruin starego kościoła, a właściwie jednej jedynej ściany, która pozostała bo resztę już zabrało morze. Ściana ta jest już totalnie zabezpieczona, więc miejmy nadzieję, że nic jej nie ruszy :)

Z Trzęsacza szybko udaliśmy się do pobliskiego Rewala. Tam zaplanowaliśmy nocleg, do tego chcieliśmy bardzo w końcu wejść do wody! Kąpiel orzeźwiająca szybko wyciągnęła mnie na brzeg (woda lód!) No a ponieważ zawsze coś musi mi się przydarzyć znalazłam na plecach wgryzionego już we mnie kleszcza. Odbyliśmy więc bieganinie za ośrodkiem leczniczym gdzie by mi to cholerstwo mogli wydłubać (wyssanie go strzykawką nie przyniosło rezultatów). Robal usunięty a my sobie wędrowaliśmy po miasteczku, które okazało się także bardzo przyjemnym i ładnym miejscem. Atrakcją niewątpliwie w tym miejscu była foka, która zdecydowała się odpocząć na rewalskiej plaży, zaraz tuż pod naszym campingiem. Czuła się jak gwiazda w błysku fleszy, a kiedy stwierdziła, że już mniej osób ją obserwuje, uciekła spowrotem do morza :) Noc spędziliśmy na campingu ‘Na klifie” (15 zł/os i 9 zł za namiot), chyba najlepszym campingu na którym przyszło nam nocować na tym wyjeździe. Polecam!
dzień drugi: 43 km



15.lipiec Rewal-Dźwirzyno
Dzień kryzysowy. Rano bolało mnie wszystko. I od jazdy mięśnie dały się we znaki i od spania na twardej ziemi, jeszcze nie przyzwyczajona cierpiałam rano bardzo twierdząc że nigdzie dalej nie jadę. Misiek był jednak bardzo wyrozumiały, pomógł mi bardzo i jakoś zebrałam się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Na mapie Kołobrzeg wydawał się już bardzo nieodległy, ale jak się potem okazało, rzeczywistość robi swoje:) Z Rewala przez Niechorze do Pogorzelicy dojechaliśmy praktycznie migiem, z racji na to że miasta te praktycznie już zrosły się ze sobą. Od Pogorzelicy do Mrzeżyna wzdłuż morza 10 km… jedziemy leśna drogą wyłożoną niewygodnymi poprzecznymi betonowymi płytami, 3 km dojeżdżając do… poligonu wojskowego!!! żołnierz krzyczy że nie przejedziemy, że objazd tylko przez Trzebiatów albo brzegiem morza… o nie tylko nie brzegiem! i fruuu do Trzebiatowa, jakieś 25 km. Upał totalny bije od asfaltu a my jedziemy… teren fałdowany jak to tereny pobrzeża. No ale udało się. Obejrzeliśmy tam kościół mariacki, i weszliśmy na basztę z której nic nie było widać :D Do Mrzeżyna ostatkiem sił na obiad i już na deficycie energii do Dźwirzyna gdzie rozbiliśmy się na campingu “Biała Mewa”. Na wieczorny zachód słońca udało nam się dotrzeć na plaże i wylegując się na piasku zbierać siły na kolejne kilometry. dzień trzeci: 58 km
16.lipiec Dźwirzyno-Kołobrzeg
Tego dnia trasa króciutka zaplanowana tak, aby móc spędzić znaczną ilość czasu na plaży gdzieś po drodze, gdyż temperatura pewnie koło 30stopni nie pozwalała myśleć o niczym innym, przy okazji dając nam odpoczynek (głównie mi, Misiek trzymał się dzielnie) Zatrzymaliśmy się więc niedaleko Mrzeżyna na plaży w Grzybowie udając się potem już do Kołobrzegu, tak aby poznać trochę miasto i przede wszystkim zakupić bilety na prom. Udało się dostać bilety na dzień następny (Kołobrzeska Żegluga Pasażerska, 110 zł/os + 20 zł za rower) camping znaleźliśmy tuż przy porcie jachtowym. Właścicielka zażądała od nas 30 zł plus dodatkowo opłata za ciepły prysznic po 5 zł od osoby. Na polu mieliśmy towarzyszkę, która w razie czego nie pozwoliłaby nam zaspać, gdyż także następnego dnia wyruszała na Bornholm. Wcześnie spać, pobudka następnego dnia 4.45… a jeszcze trzeba było poszyć poszarpane sakwy… dzień czwarty: 12 km :D
17.lipiec Kołobrzeg-Gudhjem

Wypłynęliśmy równo o 7 rano, odprawa przebiegła sprawnie, a właściwie to prawie jakby jej nie było. Prom “Jantar” na swym pokładzie zmieścił całkiem pokaźną liczbę pasażerów, i jak dla mnie na szczęście płynął dość spokojnie, gdyż nie przepadam za nadmiernym bujaniem :P W ciągu ponad 4-godzinnego rejsu przeżyliśmy mała burzę na morzu jednak nie dała się specjalnie odczuć, większość też drogi przespałam. Przed godziną 11 na horyzoncie widać było już kontury wyspy, a przed 12 byliśmy już gotowi do drogi. Pierwsze wrażenie? Hmmm.. ciężko opisać. Od samego początku rzucały się w oczy szereg różnic, które przepaścią dzielą Polskę i duński krajobraz. Przede wszystkim czystość! Przez cały nasz pobyt na wyspie nie natknęliśmy się na wyrzucone gdzieś przy drodze rozwalone worki z cuchnącymi śmieciami, uliczki w miastach pozbawione są natrętnych obrzydliwych graffiti, kultura osobista ludzi nie porównywalna jak dla mnie do Polaków ( w ciągu pobytu tylko jeden gość wydawał się nie być do nas specjalnie przyjaźnie nastawiony) już abstrahując od faktu, że nie spotkaliśmy ani jednego menela lub pijaka! No po prostu żyć nie umierać! Po przejechaniu może pierwszych 5 km z samo-śmiejącą się gębą :P pomyślałam sobie że co ja jeszcze robię w Polsce.. :P
Wyruszyliśmy więc z Nexo od portu trochę w głąb miasteczka, podziwiając pierwsze charakterystyczne niskie zabudowania miejskie wyspy. Bardzo zależało mi na odwiedzeniu tam motylarni, i całe szczęście, że natrafiliśmy na nią na samym początku wyprawy, dlatego że potem finanse nie pozwoliłyby nam na zobaczenie tej atrakcji. Na temat cen dużo by mówić. Jeśli już sie tam jedzie powinno mieć się więcej pieniędzy ze sobą niż to logicznie wygląda u nas :) Bez sosów do makaronu i zupek w proszku i konserw przywiezionych z Polski trudno byłoby nam wytrzymać o suchym chlebie, gdyż o ciepłych daniach w knajpach mogliśmy zapomnieć. Z czasem zakupy nasze stawały się już bardziej przemyślane i mogliśmy sobie pozwolić na coś extra :) np karton soku :) albo choćby na wędlinę i pomidora na kanapki :)) ależ to była uczta! Sommerfugleparken- czyli dość duża szklarnia z obfitą tropikalną roślinnością między którą ochoczo podfruwają sobie różnego rodzaju motyle i kolorowe ptaki. Piękne! Tyle, że klimat tam jest nie do zniesienia i pół godziny w tym miejscu w zupełności wystarcza żeby odpowiednio się zmęczyć :)

Z motylarni udaliśmy się do odległego o zaledwie kilka km Svaneke. Tam skusilismy się na przysmak miejscowy, tzw. sol of Svaneke, czyli wędzony śledź podawany z żółtkiem, szczypiorkiem i razowym chlebem. Tradycyjne danie Bornholmu, poza wygórowaną ceną ma też ogromną jedną walkę- ośći, całe stosy małych ości, które skutecznie utrudniają i zniechęcają do jedzenia tej naprawdę w smaku przepysznej rybki.

Czekało nas jeszcze około 15 km do miejscowości Gudhjem, gdzie zaplanowaliśmy zatrzymać się na noc. Wyruszaliśmy ze Svaneke z myslą że to przecież niedaleko, ale przeliczyliśmy się.. zapominając że wyspa może rządzić się własnymi prawami i napotkaliśmy tak silny wiatr pod koła (czyli pod prąd) że żeby poruszać się chociaż powoli do przodu po płaskim terenie trzeba było włożyć ogrom wysiłku. A za moment… zaczęły się na dodatek rozległe podjazdy, które całkowicie mnie zamęczyły. Część drogi więc pokonywaliśmy na piechotę pchając ciężko rowery obok siebie. Tego nigdzie w przewodnikach nie przeczytaliśmy, a wiatr towarzyszył nam tak naprawdę na całej wyspie. Warto więc ważyć swoje siły. Natomiast rekompensatą były krajobrazy, które mieliśmy po drodze. Mimo złości na zimny wiatr, czasem buźka sama mi się wręcz uśmiechała :) Dotarliśmy w końcu do celu, i całe szczęście że nie daliśmy rady jechać dalej gdyż camping na który zajechaliśmy był najładniejszym miejscem gdzie się rozbiliśmy na całej naszej trasie!. Strandkunden Family and Nature Camping, jak w nazwie wskazuje, rzeczywiście był naturalny jak tylko można było najbardziej :) Namiot rozbiliśmy na lekkim wzniesieniu terenu, między skałami, przed nami roztaczał się więc przepiękny widok skalistego wybrzeża i morze, wszystko to 10 metrów od namiotu. Wspaniale. :) Poniżej widok właśnie z naszego namiotu, zachód słońca za wyspą (słońce zawsze zachodziło nam za wyspą, nigdy nie w morze. kiedy byliśmy już po dobrej stronie wyspy tak żeby widzieć słońce kąpiące się w w odzie, zachód słońca nie było możliwy do oglądania :/ ale i tak było ślicznie:P)

18.lipiec Gudhjem
Tego dnia zrobiliśmy sobie dzień lenia (kolejny :P) gdyż po trasie dnia zeszłego siły nie miałam w nogach praktycznie w ogóle. Poleniliśmy się więc, wypraliśmy wszystkie nasze już dość mało świeże ubrania :P zwiedzilismy najbliższe okolice, czyli skałki nad brzegiem morza. Skałki te aż zachęcają do skakania :) mają wiele zatoczek, płycizn i zagłębień, a woda między nimi jest krystalicznie czysta. Nie mogliśmy wyjść z podziwu, że to niby to samo morze co u nas, jednak dna na kilka metrów wgłąb u nas niestety nie da rady zobaczyć…

Po południu juz wsiedliśmy znowu na rowerki i odwiedziliśmy pobliską fabrykę szkła., gdzie można przyjrzeć się jak powstają naprawdę trudno do opisania przedmioty z kolorowego szkła. Każda sztuka z nich jest niepowtarzalna, cenna swoją droga oczywiście też nawet trudna do przytoczenia :P ale popatrzcie:

W dalszej części udaliśmy się trochę w głąb wyspy do miejscowości Osterlars, gdzie znajdował się największy na wyspie kościół rotundowy, czyli dość pokaźna budowla zbudowana na planie koła. Charakterem także przypominała twierdzę, taką też rolę sprawowała, w razie konfliktów zbrojnych.

dzień piąty i szósty: 40 km
19.lipiec Gudhjem - Sandvig cdn….